Lut

11

Tym razem postanowiłem spędzić ferie zimowe z najmłodszą córką Moniką. Wybór miejsca nie był trudny. Wiedziałem, że w zimie nie będę jechał z Polski do innego zimnego miejsca. Narty mnie specjalnie nie interesują. Musi być blisko woda – najlepiej ciepła i  . . . rybna.

Córa od dawna wierciła mi dziurę w brzuchu na temat Egiptu, gdyż byłem tam wielokrotnie na rybach i sporo jej opowiadałem.

Tak więc w II połowie stycznia wylądowaliśmy w Hurghadzie w super hotelu z siedemnastoma basenami i ponad trzydziestoma zjeżdżalniami. Rewelacja.

Postanowiłem poświęcić czas dla niej, ale nie mogło się obyć bez przynajmniej jednego dnia na rybach. „Wynegocjowałem” 1 dzień na ryby. Pogoda była super, na morzy flauta, temperatura ponad 25 stopni.

Umówiłem się rano z moim przewodnikiem w nowym porcie w Hurgadzie. Był razem z doświadczonym pomocnikiem Ahmedem, który zawsze towarzyszy nam podczas wypraw na Safari po Morzu Czerwonym. Naszym celem były tuńczyki żółtopłetwe, które od stycznia do końca marca upodobały sobie okolice Hurghady i Safagi. Byłem pełen optymizmu, gdyż kilka dni wcześniej nasz przewodnik zaliczył rekordowego tuńczyka żółtopłetwego o wadze 105 kg

Łowiliśmy ok. 30 km od Hurghady, blisko skalistego brzegu. Za przynętę, a zarazem zanętę  służyły  nam sardynki, które stanowią przysmak tuńczyków. Zestaw tuńczykowy składał się z mocnej jednoczęściowej trollingowej wędki z dużym multiplikatorem Penn 50 lbs, plecionką Varivas 90 lbs oraz przyponem fluorocarbonowym 140 lbs, do którego był dowiązany pojedynczy hak 4/0 jakiejś dobrej japońskiej firmy.

Na haku za pysk była zaczepiona ok. 20 cm-owa sardynka, którą przewodnik opuszczał w toń, a pomocnik w tym czasie wrzucał do wody pocięte, kilkucentymetrowe kawałki sardynek, tworząc smugę „zanętową”. Ja w tym czasie spinningowałem wędką poppingową ze 130 g-ym popperem, robiąc hałas na wodzie i w ten sposób również „nęciłem” tuńczyki.

Pierwsze ryby pojawiły się pod łodzią w ciągu 2-3 minut od rozpoczęcia nęcenia. W czystej wodzie doskonale widzieliśmy żerujące tuńczyki, które połykały kawałki sardynek, ale tak łatwo nie dawały się nabrać na tę jedyną z hakiem. Wreszcie pierwszy tuńczyk żółtopłetwy połknął uzbrojoną przynętę i zacząłem mozolny hol. Pomimo mocnego zestawu, ryba nie chciała się poddać, wysnuła sporo plecionki, kilkukrotnie uciekała po zbliżeniu się do łodzi i szczęśliwe podebranie nastąpiło po ok. 15 minutach. Piękny okaz, przewodnik ocenił go na ok. 35 kg. Monika kręciła film, robiła zdjęcia podczas holu. Ja byłem dumny i blady, że córka jest świadkiem takiego połowu.

Ledwo ochłonąłem po męczącym holu, a przewodnik zameldował o kolejnym tuńczyku. Tym razem nie szło tak łatwo. Czułem, że tuńczyk jest ogromny. Jego pierwsze odjazdy sięgały ponad stu metrów. Kiedy wydawało się, że słabnie i jest już blisko łodzi, nagle ożywał, dostawał  „speeda” i ponownie wysnuwał mozolnie nawinięte metry plecionki.

Ręce mi mdlały, zaczęły mnie łapać skurcze przedramienia, a tuńczyk nie dawał za wygraną. Przeciąganie liny ciągnęło się w nieskończoność. Tuńczyk miał niespożyte siły. Za każdym razem, jak udawało mi się podciągnąć go na jakieś 5-7 metrów od łodzi i zaczynałem widzieć kształt ryby, tuńczyk zawsze zbierał siły i robił kolejny odjazd. Ja generalnie nie wymiękam. Zawsze samodzielnie holuję ryby do końca, ale w tym przypadku byłem już bliski oddania wędki przewodnikowi. Tym bardziej, że był to zestaw do kręcenia prawą ręką, a wędkę musiałem trzymać w lewej, pompowanie odbywało się też lewą ręką. Do tego jeszcze musiałem równomiernie układać palcem plecionkę na multiplikatorze, aby nie zrobiła się „buła”, która uniemożliwiłaby skręcanie plecionki. W końcu przemogłem się, zebrałem ostatnie siły i doholowałem go samej łodzi, aby przewodnik mógł złapać ręką za przypon flourocarbonowy i zahaczyć osęką za pysk. Próbowali go wyciągnąć we dwóch z pomocnikiem, ale tuńczyk nie dawał  za wygraną. Poprosili mnie o pomoc. Ja ledwo mogłem rozprostować obolałe dłonie, ale dołączyłem do nich i wspólnie wciągnęliśmy rybę przez burtę. Kolos. Ogromny. Godny przeciwnik. Miara pokazała 146 cm od pyska do wcięcia w płetwie ogonowej. Dobre 60 kg !!! Radość ogromna.

Trochę odpocząłem, zjadłem śniadanie, wypiłem ponad litr wody (trochę się spociłem na tym styczniowym egipskim słońcu) i zacząłem ponownie popperować, aby zanęcić kolejne tuńczyki. Po kilku rzutach nastąpiło piękne powierzchniowe branie tuńczyka na 130 gramowego poppera Seawood Cubera. Ogromny gejzer wodny, a potem błyskawiczny odjazd. Zaciąłem i poczułem ogromną rybę na wędce. Tuńczyk na poppera ! Już miałem takie przygody. W kwietniu 2013 roku wśród stada żerujących delfinów w ciągu ok. godziny złowiliśmy z kolegą  na Morzu Czerwonym łącznie 6 sztuk, każdy o wadze powyżej 30 kg. Ten był raczej większy. Niestety po kilkudziesięciu sekundach spiął się. Pewnie był źle zacięty :( Ledwo zdążyłem ochłonąć, a przewodnik melduje o kolejnej rybie, która połakomiła się na sardynkę w toni. Znowu wyczerpujący hol. Powtórka z rozrywki. Na nic się zdały błagania, aby ryba okazała litość. Nic z tych rzeczy. Kolejna godzina wymagającego holu. Sam nie wiem, jak to przetrzymałem. Ale udało się. Kolejny ogromny tuńczyk wylądował na pokładzie. Prawie bliźniak poprzedniego, długość do wcięcia płetwy „tylko” 144 cm, więc także około 60 kg ! Szok. Tego się nie spodziewałem.

Przewodnik zapytał mnie, czy kontynuujemy łowienie ? Ja miałem już serdecznie dość. Zaproponował więc lekki zestaw (wędka z multiplikatorem, ale wielkością przypominająca zestawy na Bałtyk, czy Norwegię). W porównaniu z pierwotnym zestawem było to „piórko”, wiec przystałem na jego propozycję. Nie trzeba było długo czekać. Tuńczyki tego dnia żerowały niesamowicie. Tym razem na szczęście ryba była mniejsza, tylko ok. 25 kg . . .

W międzyczasie w pobliże naszej miejscówki przypłynęły dwie inne łodzie z egipskimi wędkarzami/znajomymi mojego przewodnika. Łowili podobną metodą, ale bez „donęcania” popperem i mieli dużo gorsze efekty: na pierwszej łodzi 1 tuńczyk ok. 20 kg, a drugi zerwany, a na drugiej jeden ok. 12 kg i kilkukilogramowy Redsnapper. Ja łowiłem z profesjonalnym przewodnikiem, ale efekty i tak przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Najmniejszy tuńczyk został przekazany na sąsiednią łódkę i po kilkunastu minutach zostaliśmy uraczeni pysznym, doskonale przyprawionym świeżutkim  sashimi z warzywami. Uczta dla podniebienia :)

Wróciliśmy do portu szczęśliwi, pełni niesamowitych przeżyć. Potem jeszcze spacer po porcie, zakup kilku pamiątek, spotkanie z przemiłą żoną przewodnika i dwójką jego dzieci, wspaniała wystawna kolacja w restauracji rybnej i powrót do hotelu po pełnym wrażeń dniu.

Tego dnia uczestniczyliśmy w prawdziwym festiwalu tuńczyków. Cztery ogromne ryby wyholowane, piąta zerwana. Super rozpoczęcie ferii zimowych :)

I to wszystko całkiem blisko kraju, tylko 4 godziny lotu samolotem. Przewodnik ma doskonałą, nową dwusilnikową łódkę. Spokojnie mogą łowić z niej 3, a nawet 4 osoby. Przewodnik odbiera z hotelu, wiezie do portu, zapewnia sprzęt i przynęty, a po łowieniu odwozi do hotelu. Spokojnie można wykorzystać urlop rodzinny w Hurghadzie i wyrwać się na 1-2 dni łowienia. Polecam

Do zobaczenia nad Morzem Czerwonym :)