Mar

24

Już od 11 lat jeżdżę na wyprawy wędkarskie w tropiki. Łowię głównie na morzach i oceanach. Przeważa metoda spinningowa/popping oraz łowienie pilkerami metodą vertical jigging i slow jigging. W styczniu 2019 roku wybrałem się na prawie nieznane, niedawno odkryte wody Morza Lakkadiwskiego – Archipelag Lakszadiwy. To bardzo urokliwe miejsce, oddalone niecałą godzinę lotu od zachodniego wybrzeża Indii, prowincji Cochin. Podróż nie jest uciążliwa. Z Warszawy do Dubaju, potem do Cochin. Tam już trafiamy pod opiekę przewodnika. Mamy jeden dzień luzu, więc decydujemy się na objazdówkę po okolicach Cochin. Zaliczamy m. in. mały rejs łodzią po rzece, trafiamy do nadrzecznego mini baru na orzeźwiające mleczko kokosowe prosto z kokosa, potem zaliczamy regionalne muzeum, obowiązkowy targ rybny przy zatoce Oceanu, fajną restaurację z owocami morza …

A godzinny lot na Lakszadiwy następnego dnia to już pestka. Do niedawna była to strefa wojskowa, do dnia dzisiejszego niektóre atole są niedostępne dla turystów, ale my za pośrednictwem francuskiej firmy mamy umówionego lokalnego przewodnika wędkarskiego. Mnie i Danielowi  towarzyszy kolega z Irlandii, Roman. Na miejscu spotykamy grupę francuską, 3 wędkarzy, którzy mają łowić na drugiej łodzi. Będzie współzawodnictwo. Jeden z Francuzów jest tu już trzeci raz, przekazuje nam swoje wcześniejsze doświadczenia. Ciekawostka: łodzie mają stanowić jednocześnie  bazę do spania i spożywania posiłków oraz miejsce do wędkowania. To stare, niezadaszone, kolorowe krypy z dieslowskim silnikiem od ciężarówki. Trochę głośne, dość wolne, ale stabilne i w miarę bezpieczne. Centralny punkt na łodzi stanowi obudowany kibelek. Jego ścianki doskonale nadają się do zawieszenia uzbrojonych przynęt. Śpimy na pokładzie na specjalnych materacach, myjemy się na pokładzie (no chyba, że wskakujemy na kąpiel do oceanu), jemy na pokładzie i łowimy z pokładu. 24 h/dobę warunki bardzo prymitywne, ale da się wytrzymać.

Archipelag Lakszadiwy nie jest zbyt mocno zaludniony, ryb jest sporo, a miejscowi rybacy poza drobnicą nastawiają się głównie na tuńczyki żółtopłetwe. Inne gatunki nie są przez nich tak poszukiwane. My natomiast poza tuńczykami chcemy łowić karanksy GT, karanksy niebieskopłetwe, graniki, snappery, barakudy, makrele królewskie, tuńczyki zębate, Red Jobfish i oczywiście sławne Napoleony, które tam występują, a do tej pory na innych łowiskach nikomu z nas nie udało się zaliczyć takiej ryby. Przez 6 dni łowimy w bardzo ciekawych miejscach. Są to głównie niezamieszkałe atole, rozległe płycizny, okolice małych wysepek. Roman kilka razy uruchamia drona, robimy trochę filmików z tych urokliwych miejsc. Generalnie przy atolach jest wiele rozległych płycizn. Widocznośc doskonała. Są miejsca, gdzie pod łodzią widzimy dziesiątki spłoszonych żółwi. Nawet nie myślałem, że tak szybko mogą pływać… Pech chce, że echosonda na naszej łodzi odmawia posłuszeństwa i szczególnie na jigging łowimy trochę na czuja, ewentualnie sugerujemy się położeniem drugiej łodzi (tam sprzęt jest sprawny). Pomimo tego, że trafiamy na słaby okres żerowania ryb, udaje nam się przechytrzyć sporo karanksów, graników, snaperów. Łowimy także Napoleona na pilkera, więc jest powód do dumy i wpisania kolejnego gatunku ryb tropikalnych zaliczonych podczas naszych wojaży. Pogoda raczej nam dopisuje, gdyż II połowa stycznia to środek sezonu letniego w tamtym rejonie. Kuchnia hinduska choć trochę ostra, jest do zaakceptowania. Szału nie ma, ale codziennie w menu mamy  jakąś rybę, przyprawiony ryż  czy inne dodatki. Za  to owoce są przepyszne. Banany bajka! Arbuzy  bardzo słodkie i soczyste.

Każdego wieczoru zacieśniamy stosunki z kolegami z Francji. Łodzie stają burta w burtę, jemy wspólne kolacje, wymieniamy doświadczenia, umawiamy się na kolejne wyprawy, opowiadamy dowcipy – tu jesteśmy bezkonkurencyjni z paletą naszych rodzimych kawałów…

Generalnie wyjazd bardzo udany. Nowe miejsce na mapie świata zostało zaliczone. Pewnie jeszcze kiedyś tu wrócimy, bo niestety na całym świecie coraz mniej jest miejsc, gdzie można spokojnie wędkować i liczyć na częste brania tak wielu gatunków ryb atakujących nasze poppery, stickbaitsy i pilkery. Wiadomo, że sprzęt musi być bardzo mocny, dostosowany do łowienia w tropikach. Szczególnie ważne są wytrzymałe kołowrotki z mocnym hamulcem oraz wędki do poppingu, których nie  da się zastąpić innymi, używanymi w Europie przy połowach dużych ryb słodkowodnych czy morskich. Przynęty też muszą być dedykowane dla poppingu czy verticala. Pozostałe akcesoria także bardzo mocne, z naciskiem na jakość kółek, krętlików i kotwic. Ryby na Lakszadiwach nie uznają kompromisów. Woda jest  dość płytka, dno najeżone rafami i koralowcami, więc ryby holujemy dość siłowo, nie pozwalamy (jeśli się da…) na ucieczki ryb w dno, bo zazwyczaj wiąże się to z przecięciem przyponu fluorocarbonowego lub plecionki. Czasami trafia się atak większej ryby na holowaną właśnie rybę.  Takie zdarzenia miałem czwartego dnia, kiedy  na vertical jigging holowałem ok. metrowego granika i ok. 15 metrów od łodzi coś mi się „dosiadło” . Było sporo emocji, takie „przeciąganie liny”, zaczynało mi brakować rąk (były rozciągnięte na maxa…, a „coś” dalej ciągnęło… Na szczęście pasażer odpuścił, ale na pilkerze pozostawił tylko połowę pięknego granika. Ślady zębów wskazywały na rekina. Może to i dobrze, że odpuścił J Natomiast pieczone filety z zachowanej połówki granika smakowały wyśmienicie i właśnie dla takich chwil warto planować kolejne wyprawy. Czas mijał szybko, choć łowiliśmy codziennie praktycznie od świtu (po małej kawie z ciasteczkiem) z krótką przerwą na śniadanie, potem na lunch, aż do zmroku. Co najmniej 10-11 godzin łowienia dziennie. Ostatnia noc na Archipelagu to nocleg w trwałych dwuosobowych namiotach, z kolacją i ogniskiem na plaży. Fajne klimaty. Kolejne miejsce, do którego chce się wracać. Tropiki uzależniają.