Sty

13

Jeśli słyszysz od kumpla „Wyprawa życia”, co myślisz ? Połowił, zaliczył, był, kurde – zazdroszczę mu  ! Ale jeśli jesteś z kumplem na wspólnej wyprawie i do tego to ty byłeś tą osobą, która go do tego namówiła – to już co innego. Też byłeś, zaliczyłeś, połowiłeś. I to jak! Może część czytelników powie – no tak, w Kanadzie to by każdy potrafił. Macie rację. Prawdopodobieństwo złowienia ryby życia jest co najmniej  sto razy większe, niż w naszym kraju. Można powiedzieć: my też mamy fajne wody i coraz większe rzeszę zapaleńców, którzy chcą chronić tego, co w nich zostało. Ale Kanady nie dogonimy.

Jeden z kilku skoków dużego jesiotra

Potwierdzeniem była wyprawa sześciu wspaniałych na początku listopada. Ja z Merą i Danielem przeszliśmy chrzest na początku maja, ale pozostała trójka kolegów jechała tam pierwszy raz. Pogoda nie rozpieszczała – dużo deszczu, wiatr, a czasami grad. Nawet najstarsi Indianie nie pamiętali tak wrednych warunków pogodowych o tej porze roku. Ale nam to nie przeszkadzało, a jesiotrom i łososiom tym bardziej. Już pierwszego dnia, po porannych czterech godzinach udanych testów sprzętu jesiotrowego popłynęliśmy na miejsce ciągu łososi keta. Ciekawy sposób łowienia – trzy- metrowe mocne semiparaboliczne spinningi uzbrojone w kołowrotki o szpuli stałej (wielkość 4000), plecionka o wytrzymałości 10-12 kg, spławiki z miękkiej pianki i przynętę, którą okazuje się 10g-wa główka jigowa pomalowana na wściekły różowy kolor, z frędzlami o tym samym kolorze. Zestaw należało wyrzucić na jakieś 15-25 m od brzegu. Ważne było takie dopasowanie gruntu, aby jig przemieszczał się  ok. 30 cm nad dnem. Przytopienie lub przytrzymanie spławika należało kwitować natychmiastowym zacięciem. I wtedy zaczynała się jazda. Z prądem, pod prąd, w głąb rzeki, nagły zwrot do brzegu (kilka razy ryby opływały mnie w koło). Musiałem wykazać maksimum wirtuozerii, ale przez cztery godziny łowię około 30 łososi o wadze od 4 do 8 kg, a kilkanaście spina się w trakcie holu. Szok to mało powiedziane. Ryby są potwornie silne i waleczne. Uczę się chwytu za ogon, pierwsze próby oceniam na 3+ ( no, może 4 na szynach…..). Tego dnia łowię sprzętem przewodnika. Kij Fenwick zachowuje się nieźle, ale kołowrotek znanej firmy ze średniej półki niestety zaczyna rzęzić, korbka dostaje luzu. Pomagam sobie przytrzymując w palcach szpulę kołowrotka. Nie czuje deszczu, wiatru, zimna. Jestem zgrzany i uradowany z niesamowitej ilości emocjonującej ilości holi. Koledzy również nie próżnują, chociaż ryby biorą nierównomiernie, a czasami zdarza się nawet 20-30m minut bez brania! Ależ się człowiek rozbestwił ?  Ile kilometrów przemierzone wzdłuż Słupi, Regi, Drwęcy czy Parsęty i nawet rybiego ogona, a tu pół godziny bez ryby!!! Rozpapraniec !. Ale taka jest Kanada. Obfitość ryb oszałamia i zniewala. Drugiego dnia podobny scenariusz z tym, że ekipa z drugiej łodzi jedzie na łososie już od rana. My zaczynamy od jesiotrów, przez cztery godziny łowimy we trzech kilkanaście sztuk o długości 120-200cm. Od południa znowu udajemy się na kety. Tym razem mam swojego 3-metrowego Yada Cleewlanda do 100g i mocną Daiwę. Problemy z kołowrotkiem znikają bezpowrotnie. Chwyty za ogon wychodzą na 4+, a dzień kończę z około czterdziestoma  złowionymi łososiami! Przewodnik z trudem „ zagania „ mnie do łodzi. To już szok do potęgi. Kolejny dzień spędzamy na rzece Harisson. Przepiękna sceneria, mnóstwo orłów bielików, a na płyciznach widać niesamowite ilość idących na tarło łososi. Widok przeplata się z ogromną ilością  ryb zalegających na dnie rzeki, zaścielających brzegi. Stanowią one pokarm dla ptactwa, jesiotrów, a w przyszłości dla narybku milionów łososi, które w zależności od gatunku wrócą tu za 4 do 6 lat, aby odbyć tarło, dać życie kolejnym milionom ryb i zalec na dnie… Widok z jednej strony przeraża, tysiące padniętych ryb, ale z drugiej strony refleksja – dzięki nim nowe ryby zasilą kiedyś te przepiękną rzekę. W tej scenerii Daniel zacina i wyholowuje jesiotra o długości 217 cm, mającego w obwodzie równe 100 cm. Stówa jak nic. Niesamowicie wygląda hol ogromnej ryby w krystalicznie czystej wodzie o przezroczystości sięgającej nawet 6 m..

Jest się czym pochwalić . . .

Łowimy także łososie na trolling – wleczemy za łodzią bananowate woblery mocno mielące wodę. Łowię kilkukilogramową czawyczę, Mera niewielkiego kinga (około 4 kg), choć w rzece pływają też sztuki powyżej 30 kg. Tarło czawyczy i kingów teoretycznie zakończyło się w październiku. W listopadzie w rzece dominują waleczne kety oraz łososie cocho, które próbujemy łowić na małe wahadłówki, ale zbyt długo każą na siebie czekać, więc przestawiamy się na kety. Te nie zawodzą. Nasycam się widokiem pięknych samców z wygiętymi kufami. W przeszłości oglądając różne zdjęcia w gazetach wędkarskich największą zazdrość wzbudzały fotki łososi z kufą. Teraz ja mam swoje „pięć minut” (tzn. dziewięć dni). Nasza ekipa coraz wyraźniej dzieli się na zwolenników łososi i wielkich jesiotrów. Ja po pierwszych dniach i nasyceniu się łososiami (dosłownie, bo codziennie zabieramy coś na kolację) pozostaję wierny jesiotrom.  Mam motywację, gdyż Mariusz na mojego jednoczęściowego Lamiglasa  łowi monstrum o długości 230 cm i wadze około 120 kg – jest dłuższy o 5 cm od mojego rekordu z maja! Przez kolejne dni łowimy sporo jesiotrów, ale mój największy ma tylko 201 cm . . . (znowu rozbestwienie ). Przedostatniego dnia rano zacinam rybę życia. Wyskakuje nad wodę jakieś 15 m od łodzi. Widzimy go doskonale. Wielki, grubo ponad 2,5 metra długości , jakieś 170 kg żywej wagi. Zacięty super. Ale jest sprytny, ucieka w dół rzeki jakieś 100m i muruje przy dnie. Niestety, znalazł zatopione drzewo i nie dał się wyciągnąć. Próby okrążenia zaczepu i „sumowego” pukania w dolnik kija na nic. Po jakiś 20 minutach emocji wyciągam zestaw z rozgiętym hakiem 9/0. Ale przynajmniej pokazał się cały, z bliska. Już wiem, że kiedyś po niego wrócę. Ostatniego dnia jestem na łodzi z Mariuszem. Przewodnik  bardzo chce, abyśmy na koniec połowili, ale przez pierwsze sześć godzin nadaremnie zmieniamy miejsca, przynęty. Jesiotry jakby wyparowały. Dopiero ok. 14-ej następuje pierwsze branie, a potem rozwiązał się worek z rybami. Przez dwie godziny wyholowujemy 13 ryb od 20 do 50 kg ! A ile brań, pustych zacięć ?  Niesamowite, tak jakby wszystkie ryby z Fraser River przybyły na pożegnanie pod naszą łódź. Zaczynało się ściemniać, z żalem opuszczaliśmy tę miejscówkę. Na ekranie echosondy widać było kolejne grube sztuki pod łodzią . Auuuuuuuuuuu !  Na Fraser River warto jechać od maja do połowy listopada. W maju i czerwcu dobrze biorą jesiotry, od czerwca do rzeki zaczynają wchodzić kingi. W lipcu pojawiają się pinki (wchodzą co drugi rok ), a sierpień i wrzesień to czas na czawycze. Od połowy września pojawia cocho, a w październiku keta. I jeszcze czeka na nas Thomson River słynąca z ogromnych steelheadów. Krzysiek obiecał, że nas tam zawiezie.

215 cm rybska

Darek testuje Lamiglasa na dwumetrowym łososiu

Deniro z pięknie ubarwionym samcem keta

Deniro ze słodkim ciężarem

Deszczowy połów

Dwa metry ryby . . .

Ekskluzywne pole golfowe nad brzegiem rzeki

Hol jesiotra w rzece Fraser

Hol łososia keta

Indianin w kanoe

Jeden z większych jesiotrów jesiennej wyprawy

Jesiotr rozgrzał nas pomimo chłodnego deszczu

Jesiotr w łodzi

Jest się czym pochwalic

Jurek po emocjonującym holu

Jurek z piękny łososiem

Kolejny samiec keta

Kolejny test wędki na jesiotrze

Krzysiek robił najwięcej zdjęć

Lądowanie ryby na łodzi

łososie brały bez przerwy

Łódź do połowu jesiotrów i łososi

Mariusz ze swoją życiówką

Mięśniaczek przed wypuszczeniem

Nasza grupa z przewodnikiem Chrisem (Krzyśkiem)

Ośnieżone szczyty nad jeziorem Harison

Rekordowy jesiotr po ponad 5-io godzinnym holu

Samiec łososia nerka na wahadłówką

Takie jesiotry padały najczzęściej

Temu tylko ryby w głowie

W hodowli łososi

Wypatrujemy zdobyczy . . .

Z naszy przewodnikiem Krzyśkiem

Zapomniana chatka i sieć postawiona przez Indian

Zestaw z trumienką i pęczkiem ikry

Złapał kozak tatarzyna . . .

Słuchajcie. Kanada całkowicie uzależnia. Śni się po nocach, myśli wracają  jak bumerang, jest częstym tematem  w trakcie towarzyskich spotkań.  Zachęcam do wyjazdu do Brytyjskiej Kolumbii na ogromne jesiotry i do uczestnictwa w łososiowych godach. Oj, będzie się działo  . . .

 

Sty

13

Z niecierpliwością czekałem na początek listopada. Poprzedzające miesiące
(a szczególnie sierpień i wrzesień) nie przynosiły zbyt dobrych wieści o sytuacji w Egipcie.

Zamieszki miały miejsce głównie w Kairze, Aleksandrii i w okolicach Kanału Sueskiego, ale i tak wpłynęło to na ruch turystyczny. Sporo krajów czasowo odwołało loty, choć w kurortach nad Morzem Czerwonym turystów nie brakowało, a ci powracający z wyjazdów opisywali sytuację jako całkowicie spokojną. Sporo rozmawiałem poprzez Skype z naszym egipskim przewodnikiem i opiekunem, na bieżąco opisywał mi sytuację i od października zdecydowanie zachęcał do podtrzymania pierwotnych planów związanych z listopadowym poppingiem i jiggingiem.

Nasza łódź baza

Miał całkowitą rację. Samolot do Marsa Alam był wypełniony do ostatniego miejsca, mieliśmy kłopot z miejscami powrotnymi (brak) i w końcu musieliśmy wracać z lotem Hurgady poprzez Kair i Frankfurt. Ale warto było. Pogoda była rewelacyjna. Wiatr nie dokuczał, woda cieplutka, ryby dopisały, kucharz na statku-bazie tradycyjnie przechodził sam siebie, a codzienne świeżutkie sashimi na stałe wpisało się do naszego wieczornego menu :)
Łowienie było wyśmienite, choć wymagało nie lada wysiłku.
Codziennie ok. 7-8 godzin (odliczam czas na przemieszczanie się między miejscówkami) spinningowaliśmy lub jiggowaliśmy stosunkowo ciężkim sprzętem. Taka „czerwonomorska” siłownia :) Jeśli technika jest poprawna, to spokojnie można wytrzymać. Przewodnik na bieżąco korygował nasze błędy, pouczał i motywował. Tak naprawdę to tylko pierwszego dnia odczuwałem zmęczenie, ale wyholowane ryby szybciutko „odświeżały” zapas sił.
Inne mięśnie pracują podczas spinningowania-popperowania, inne podczas łowienia na pilkery w pionie (vertical jigging).
Generalnie w morzu było wyjątkowo dużo drobnicy, często spotykaliśmy żerujące stada małych bonito, które było łatwo namierzyć z powodu setek atakujących z góry ptaków. Czasami przemieszczająca się żerująca „plama” miała kilkadziesiąt metrów średnicy, woda dosłownie wrzała (mam to na filmie), ale niestety nie były to ogromne tuńczyki żółtopłetwe, które z powodzeniem łowiliśmy w kwietniu, tylko niewielkie bonito. Widok niezapomniany.
Złowiłem kilkanaście GT, z czego dwa o wadze ok. trzydziestu kg , czyli z „trójką” z przodu.


GT z trójką z przodu

Padło sporo tuńczyków zębatych, barakud, karanksów niebiesko-płetwych.
Sporo ryb połowiliśmy na pilkery, w tym piękne graniki, także z gatunku księżycowatych (pyszna zupa).
Pierwszego dnia złowiłem na pilkera ponad dwudziestokilogramowego wahoo !

Ponad 20-kg wahoo na pilkera !!!

Piękna, niesamowicie szybka (najszybsza ryba z Morza Czerwonego) i waleczna ryba.
Tradycyjnie sporo brań na poppery i stickbaitsy pozostało niezaciętych, ale i tak połowiliśmy wyśmienicie. Kilka holowanych ryb zostało brutalnie zaatakowanych przez rekiny i z chirurgiczną precyzją skróconych o połowę lub więcej . . .
Mieliśmy ciekawą sytuację podczas łowienia tuńczyków zębatych Dogtooth Tuna na pilkery.
Opuszczamy pilkery na jakieś 70 metrów we trzech na jednej burcie. Pierwszy zacina przewodnik stojący na dziobie, chwilę potem Marek na środku łodzi i na końcu zacinam rybę ja na rufie. Przewodnik wyciąga tuńczyka ok. 5-6 kg, Marek holuje zębatego, ale ok 20 m pod powierzchnią ma atak rekina i wyciąga 1/3 tuńczyka. Chłopaki śmieją się i poganiają mnie, abym się spieszył i zdążył przed atakiem rekina. Niestety, kilkanaście metrów od łodzi rekin w całości połyka mojego tuńczyka, razem z pilkerem :) Wiadomo, że nienaturalne ruchy walczącej ryby prowokują większe drapieżniki do ataku. Może następnym razem będę miał więcej szczęścia i zahaczę rekina. Nie mam jeszcze tego gatunku na rozkładzie.
Będę musiał na to poczekać do wiosny. Jest za to czas na uzupełnienie sprzętu. Trochę przynęt zawsze tracimy ma rafach lub odpływają z rybami, które okazały się sprytniejsze/silniejsze od nas. Na szczęście coraz więcej sprzętu można kupić w rozsądnej cenie u naszych importerów. Ostatnio zakupiłem zestaw stickbaitsów Kamatsu Vibbra, które spisują się rewelacyjnie i w niczym nie ustępują japońskim (czterokrotnie droższym) odpowiednikom. Bardzo dobrze spisały się szczypce z tej samej firmy, do rozginania mocnych kółek łącznikowych, a przyrząd do samodzielnego przewijania plecionki okazał się wprost nieoceniony. Czekam na kolejne zapowiedziane nowości sprzętowe przydatne podczas łowienia w słonych wodach tropikalnych, także na wędki do poppingu i jiggingu, które już testowałem (wzorniki), a teraz maja pojawić się w ofercie.

Hol dużego GT na stickbaitsa

hol GT przy zachodzie słońca

Jadowita ryba ostrożnie trzymana przez przewodnika

Jadowita ryba w pełnej krasie. Palce z daleka . . .

Jadowita ryba

Kawałek rafy koralowej na pilkera

Kolacja pycha !!!

Kucharz przechodził sam siebie . . .

Marek tez zaliczył GT

Messa i barek kawowy

Miłośników kite też nie brakowało

Młody pomocnik z egipską wędką

moment podbierania GT

Nasz kucharz też łowi

Nocnych przygód było sporo . . .

Obiad kilkudaniowy

Osada rybacka

Pierwszy duży GT na stickbaita

Piękna ryba księżycowa na egipską wędkę

Piękny granik na pilkera

Przepiękny granik na trola

Rambo gotowy do akcji trollingowej

Rybka lubi pływać

Sashimi było na stałe w karcie dań

Skalisty brzeg morza

Szybka łódź dwusilnikowa. Podstawa do poppingu rafowego

Ten GT połakomił sie na japońskiego GUNZ-a

Trzydziestak na Guntza

Woda wrze. Bonito atakują jak w amoku . . .

Wypasione statki z ekipami nurków

Wyspa o kształcie krokodyla

Z naszy przewodnikiem Ahmedem

Egyptian Konger Team