Lip

23

Wydawało mi się, że namierzę miejsce w Internecie, znajdę port i przewodnika, pojadę i złowię. Naoglądałem się zdjęć, filmów na You Tube… Innym się udało, dlaczego mnie miało by się nie udać…

To była moja czwarta wyprawa na Wyspy Kanaryjskie. Już po pierwszych dwóch, gdzie testowaliśmy łącznie czterech przewodników, wiedziałem, że tylko z Leo mam realną szansę na złowienie ryby życia. Zdecydowanie wyróżniał się z grupy przewodników profesjonalizmem, doskonale przygotowanym, markowym sprzętem, dbałością o każdy, najdrobniejszy
element zestawu, a przede wszystkim uczciwym podejściem do klienta.

Łowiliśmy już barakudy, bonito, makrele, wielkie płaszczki, małe tuńczyki, ale pomimo usilnych prób brakowało nam ryby marzeń – marlina. Leo w swojej ponad dwudziestoletniej karierze ma na rozkładzie kilkaset marlinów, a największy okaz ważył 454,5 kg.

W maju 2009 roku w pobliżu wyspy Gonera wędkarze łowią marlina 537,5 kg. Do dziś jest to absolutny rekord Wysp Kanaryjskich. Pomyśleć, że dokładnie tego pamiętnego dnia byliśmy z Danielem „Deniro” na Gomerze na objazdowej wycieczce jeepami, a tuż obok nas ktoś złowił rekordowego marlina…

To rozgrzało nasze apetyty. W tym roku wybraliśmy czerwcowy termin pokrywający się z dorocznymi Międzynarodowymi Zawodami Big Game wokół wyspy Gomera. Zgłosiliśmy swój udział jako Muskie Big Game Team, a drużynę stanowili Daniel „Deniro, Wojtek „Ptyś”, jego syn Kamil, nasz bratanek Węgier Laci ożeniony z Polką i ja, także od czasów studiów w Budapeszcie znający węgierski.

Doświadczenie mówi, że wędkarze i tak zawsze znajdą wspólny język. W tegorocznej XI edycji zawodów bierze udział 36 gotowych na wszystko załóg. Przepiękne łodzie, super sprzęt, świetna atmosfera. Każdy przyjechał tu z apetytem na marliny , a kilkudniowe wcześniejsze „treningi” pokazują, że są brania. Pada kilka marlinów, kilka się urywa.

Zawody trwają dwa dni, każdego dnia dziewięć godzin morskiego trollingu, przy pięciu rozłożonych wędkach. Słowo wędka pasuje do wyglądu sprzętu, ale po wzięciu w ręce tego dwumetrowego, jednoczęściowego kija do szczoty o akcji 130 Lb i szczytówce o średnicy prawie 2 cm, zastanawiamy się, jaka ryba choć trochę go ugnie.

Do tego ogromny multiplikator o wielkości 130 lb.  Leo ma dwa zestawy Shimano i trzy zestawy Penn. Najlepsze, co jest dostępne na rynku. Żyłka główna rodem z Japonii, nawój ponad 900 m o wytrzymałości 62 kg, do tego dołączony żyłkowy spleciony łącznik i na końcu specjalny przypon o średnicy 3 mm.

Po doholowaniu ryby do łodzi pomocnik kapitana chwyta ręką (w rękawicach ochronnych) za ten gruby przypon i dociąga rybę do łodzi. Podczas zawodów wszystkie ryby są wypuszczane, więc wyhaczanie marlina następuje przy burcie łodzi. Jedna osoba zakłada specjalną pętlę zaciskową na nos marlina, a druga uwalnia rybę z haka. Udokumentowaniem połowu maja być zdjęcia wykonanie specjalnym zaplombowanym aparatem dostarczonym przez sędziów każdej załodze.

Fakt złowienia ryby potwierdza się przez radio lub telefonicznie u sędziów. Liczy się kolejność i ilość złowionych ryb, wielkość ma znaczenie drugorzędne. Wyjątek stanowi okaz powyżej 1000 lb (ponad 453,6 kg). Wtedy można przywieść rybę do portu, oficjalnie zważyć i „szczęśliwiec” może zostać wpisany do specjalnego prestiżowego rejestru osób mających na rozkładzie „GRANDE MARLIN”, czyli okaz powyżej 1000 Lb.

Za taką rybę jest dodawana  10%  premia punktowa. Ale uwaga: jeśli ktoś źle oszacuje wagę ryby i w porcie okaże się, że ryba waży poniżej 900 Lb, to łowca otrzymuje punkty karne.

Marliny łowi się głównie w trollingu, na wielkie kolorowe przynęty przypominające kałamarnice, uzbrojone w dwa ogromne pojedyncze haki. Łodzie są specjalnie dostosowane do takiej metody połowu. Ponad czterometrowe aluminiowe wysięgniki z systemem linek i klipsów pozwalają na równoległe prowadzenie kilku przynęt w bezpiecznej odległości od siebie.

Podczas brania żyłka wypina się z klipsa i następuje długo oczekiwany gwizd żyłki wysnuwanej z kołowrotka. Wówczas szybko należy zwinąć pozostałe wędki, a osoba, która jako pierwsza ma holować marlina, samodzielnie musi wyjąć wędkę z uchwytu burtowego, usiąść w obrotowym fotelu, umieścić dolnik w gnieździe fotela i po zapięciu pasa i przypięciu wędki linkami zabezpieczającymi zacząć „pompowanie”.

Zazwyczaj wędkarze holują rybę kilka, kilkanaście minut i następuje zmiana holującego. Kapitan steruje łodzią z wysokiego mostka, ustawia ją najkorzystniej do warunków pogodowych i udziela rad, jak należy postępować w każdej fazie holu.

Niestety, podczas zawodów, aby ryba była zaliczona, musi być holowana i wyciągnięta przez jednego wędkarza. Już pierwszego dnia zawodów ustalamy, że ja będę tym wybrańcem. Dla mnie też nie jest to łatwa decyzja, bo co będzie jak coś zawalę albo nie dam rady i spuchnę?

Pierwszego dnia zawodów 36 uzbrojonych po zęby załóg nerwowo zajmuje miejsce na wylocie z portu San  Sebastian i na radiową komendę sędziego z ogromnym rykiem wielokonnych silników jednocześnie rusza na łowisko. Widok niesamowity. Ogromna szybkość, każdy chce być jak najszybciej na łowisku, wypuścić zestawy i czekać na upragnione branie. Liczy się przecież kolejność wyciągnięcia ryb, a trzy główne nagrody o wartości 6000, 3000, 1500 EURO też robią swoje (podnoszą adrenalinę).

Pierwszego dnia na siedmiu łodziach pada siedem marlinów. Pięć innych miało brania, ale ryby zerwały się podczas holu.

Marliny walczą bardzo widowiskowo. Wielokrotnie wyskakują z wody, zmieniają kierunek ucieczki, nurkują w stronę dna, czy też odjeżdżają wysnuwając jednorazowo kilkaset metrów żyłki. My niestety wracamy bez brania. Uroczysta, bardzo elegancka kolacja nieco poprawiam nam humory.

Rozmawiam z kilkoma dzisiejszymi szczęśliwcami, zbieram doświadczenia, a wieczór kończymy w pubie wędkarskim u Manolo, gdzie na dużym telewizorze non stop lecą filmy wędkarskie poświęcone głównie marlinom, żaglicom i ogromnym tuńczykom.

Puszczamy i my nasz film o jesiotrach i łososiach z Kanady. Podoba się.

Drugiego dnia znów gorączkowe wyczekiwane na komendę sędziego i poszli… Druga dziewięciogodzinna tura przed nami. Około godziny trzynastej następuje upragniony „strzał”,  kołowrotek gwiżdże jak oszalały, żyłki ubywa w tempie światła. Na szczęście jest zapas około 900 m linki…

Szybko zwijamy pozostałe wędki, chwytam tę z ryba na końcu i wreszcie czuje ją. Jest, walczy. Siadam w fotelu, załoga zapina pas, a nasza drużyna dopinguje mnie na różne sposoby. Każdy ma swoje zadanie do wykonania. Deniro ma obracać fotelem tak, aby wędka była skierowana ciągle w stronę ryby. Ptyś uwiecznia całą akcję na kamerze, dodając swoje kwieciste  komentarze, Laci zajął miejsce na bocianim gnieździe i aparatem fotograficznym ma udokumentować złowienie marlina.

Wszyscy podnieceni jak strusie. Pierwsze skoki ryba wykonuje około 300 m od łodzi.  Niezła perspektywa holu. Musiałem to zrobić sam bez niczyjej pomocy. Hol jest nietypowy, wędka umieszczona w centralnym miejscu fotela, prawą ręką skręcam korbkę (wtedy gdy ryba mi na to pozwala) a lewą „tylko” układam żyłkę na kołowrotku, aby nawój był równomierny. Duże multiplikatory nie posiadają wodzika. Po prostu nie wytrzymałby podczas brania ryby.

W ogóle nie dotykam wędki. Pompowanie odbywa się przy pomocy całego ciała, ale głównie pracują mięśnie nóg, zapartych o specjalny stopień fotela i mięśnie pleców (trochę podobnie jak wioślarze). Ryba skacze jeszcze kilka razy, ma jeszcze parę zrywów, a potem nurkuje w stronę dna.

Doskonale pamiętam wcześniejsze rozmowy z przewodnikiem, nie mogę dopuścić, aby marlin poszedł w dno. Często zdarza się, że podczas długotrwałego holu ryba ginie z wycieńczenia, opada na dno, a wtedy podniesienie z kilkuset metrów takiego potwora na żyłce o wytrzymałości 62 kg jest niemożliwe.

Na szczęście, zachowuję siły i przy coraz głośniejszych okrzykach kolegów udaje mi się dociągnąć marlina do łodzi. Teraz wkraczają pomocnicy przewodnika. Raul chwyta za gruby przypon, dociąga ogromną rybę do burty, a Carlos sprawnie zaciska pętlę na nosie szamoczącej się ryby. Raul wyhacza zdobycz… Laci w międzyczasie robi zdjęcia i ryba odpływa.

Następuje euforia i okrzyki radości. Przewodnik ocenia marlina na „dobre” 200 kg!!! Leo zgłasza rybę sędziemu i dowiaduje się jesteśmy na 9 miejscu, a żadna z załóg nie ma jeszcze drugiej ryby. Jak w miarę szybko złowimy drugiego marlina,  mamy szansę na miejsce na podium.

Jednak to dwie miejscowe załogi doławiają po drugim marlinie i to one dzielą między siebie dwa pierwsze miejsca. Wieczorem znów uroczysty bankiet, potem ogłoszenie wyników, wręczenie pamiątkowych pucharów oraz czeków dla zwycięzców. Tego wieczoru my też tryskamy humorami, dzielimy się wrażeniami. Ostatecznie plasujemy się na dobrym, dziewiątym miejscu.

Na zawodach łącznie pada 12 marlinów, a 9 zrywa się podczas holu. Łowienie tych wspaniałych ryb wymaga cierpliwości i pokory. W każdej chwili można zmienić zestawy na lżejsze i zapolować na wszędobylskie bonito, barakudy czy inne ryby, ale jeśli chce się złowić marlina, to nie warto się rozdrabniać.

Kolejnego dnia, już po zawodach mamy trzy brania marlina, ale ryba nie zahacza się prawidłowo. Na osłodę, na przynętę marlinową łowimy ogromnego tuńczyka żółtopłetwego o wadze 80 kg. Pieknie walczył, holował go Laci na zmianę z Danielem. Przewodnik decyduje, że ryba zostanie zabrana.

W porcie robimy sesję zdjęciową, zbiera się spory tłumek ciekawskich. Następnego dnia podczas lunchu na łodzi, delektujemy się przepysznym sashimi z tuńczyka, a na kolacje udajemy się do małej, lokalnej restauracji, gdzie zostają nam przygotowane steki ze złowionego tuńczyka. Ucztujemy do woli.

Po powrocie z Gomery na Teneryfę  wypożyczamy samochód i zwiedzamy tę uroczą wyspę, zaliczając miedzy innymi wulkan Teide, położony na wysokości 3718 m n.p.m. i oglądamy słynne klify Los Gigantes o wysokości powyżej 600 m.

Ostatniego dnia inna łódź przywozi do portu bliźniaczego do naszego marlina, ważącego równe 200 kg. Robimy zdjęcia, a wiszące w porcie trofeum od razu przyciąga chętnych, którzy zapisują się na rejsy wędkarskie, nawet z całymi rodzinami.

Wszyscy jesteśmy zgodni co do planów na drugi tydzień czerwca 2012. Przyjedziemy znowu  na zawody na Gomerę. Na Wyspach Kanaryjskich sezon wędkarski trwa cały rok, pogoda jest stabilna przez okrągłe 12 miesięcy. Najlepszy okres na marliny przypada od maja do września. Oczywiście marzy nam się zaliczenia marlina z kategorii „GRANDE”…

Więcej informacji u autora tekstu, adres: wyprawy@muskie.pl.

Lip

10

Po styczniowej, rewelacyjnej wyprawie na okonie nilowe i namiastce łowienia na Morzu Czerwonym, ogromnie wzrosły nam apetyty na prawdziwe BIG GAME. Egipt jest do tego wymarzonym miejscem. Pogoda jak drut, tylko 4 godziny lotu z Warszawy, przystępne ceny i – co najważniejsze – opieka profesjonalnego przewodnika wędkarskiego połączona z możliwością łowienia na mało eksploatowanych wodach Morza Czerwonego.

Majowy wyjazd poprzedziły niemałe przygotowania. Należało uzupełnić sporo sprzętu. Częściowo mogliśmy wykorzystać wędki i kołowrotki używane na Bałtyku czy fiordach norweskich, ale przy morskim trollingu ponad dwudziestocentymetrowymi woblerami sprzęt musi być mocny.

Wędki od 50 Lb lub powyżej 400g. Multiplikatory minimum 30 Lb, a nawet 50-80 Lb. Żyłki o średnicy 0,60 mm i więcej, a plecionki o wytrzymałości 30 kg i więcej. Nie ma żartów. W Morzu Czerwonym pływa mnóstwo ogromnych ryb, są silniejsze od słodkowodnych i każdy element zestawu powinien być najwyższej jakości.

Przez pierwsze dwa dni tracimy sporo przynęt i ryb. Nie wytrzymują kotwice, kółeczka łącznikowe, pękają plecionki. Sięgamy po „ciężką broń”, wspomaga nas przewodnik – ma w zapasie odpowiednie woblery, mocne kółka, mocne kotwice.

Łowimy kilkoma metodami. Mamy do dyspozycji prawie 30. metrowy statek-bazę, z którego super się troluje i łowi na filety na rafach koralowych. Do tego jest do dyspozycji szybka dwusilnikowa łódź dla trzech wędkarzy.

Poza trollingiem sporo popperujemy i pilkerujemy w pionie (vertical jiging). Poppery morskie zdecydowanie różnią się od naszych słodkowodnych. Średnia wielkość to około 20 cm długości przy ciężarze około 100g.

Przewodnik przemieszcza się wzdłuż rafy, na odległość 50 m rzutu ciężkim popperem. Prowadzenie przynęty przypomina łowienie boleni – poza ekspresowym ściąganiem, dochodzi jeszcze podszarpywanie poppera.

Brania są gwałtowne. Często po chybionym ataku ryba ponawia atak, aż do skutku. Szok. Jak tylko mamy rybę, przewodnik odpływa od pełnej zaczepów rafy i umożliwia przez to walkę z rybą na głębszej, pozbawionej zaczepów wodzie.

Największa moja ryba, GT (giant treval) zwany karanksem olbrzymim ma 27 kg. Łowię jeszcze karanksy 22 i 21 kg oraz sporo mniejszych, także z gatunków karanksów niebieskich i złotopłetwych. Są to bardzo sportowe ryby, przemieszczają się błyskawicznie, walczą zaciekle , bez chwili wytchnienia.

Mam dwa przypadki, że prawidłowo zacięta za tylną kotwicę woblera ryba, w trakcie holu zaczepia się przednią kotwicą tuż za skrzelami. Wtedy hol tego wygrzbieconego kłębka mięśni przypomina ciągnięcie otwartego spadochronu z turbodoładowaniem. Ręce mdleją, ale, uwierzcie, warto.

Wszystkie karanksy wracają w dobrej kondycji do wody. Na poppery łowimy też barakudy, trafia się także Red Carp (bohara). Bardzo ładna i silna ryba, chętnie atakuje woblery podpowierzchniowe i trollingowe. Jednego dnia, podczas długiego holu około 8. kilogramowej bohary mam atak rekina . Na woblerze pozostaje tylko łeb ryby, reszta znika w paszczy ogromnego drapieżnika.

Prawie codziennie podczas sjesty kąpaliśmy się i nurkowaliśmy o przy rafach, natomiast tego dnia jakoś nie było chętnego na bezpośredni kontakt z morską wodą…

Bardzo duże emocje wzbudza łowienie graników. Przepięknie ubarwione, silne, walczące i nurkujące w stronę dna ryby, a do tego bardzo smaczne. Załoga naszego statku na każdy lunch i kolację funduje nam wspaniałą ucztę rybną. Pomimo skąpych warunków kuchennych, egipski kucharz sprawuje się znakomicie. Ryby są przygotowywane na wiele sposobów, a każdy posiłek wzbudza ogromny entuzjazm naszej ekipy.

Łowimy też piękne barakudy, największa ma prawie 1,5m i waży niecałe 20 kg. Jej ogromne zęby budzą respekt u każdego. Udaje się złowić wahoo (makrela królewska). Jeden wielki mięsień i jedno wielkie źródło energii. Mój największy wahoo mierzy 124 cm i waży prawie 15 kg. Często padają też tuńczyki oraz mniejsze bonito. Widzimy także żerujące żaglice, ale z powodu zbyt wysokiej fali nie udaje się sprowokować ich do brań.

Przez sześć dni i nocy nie nudzimy się, cały czas jest akcja. Mamy też kilka brań na pilkery. Łowienie przypomina trochę metodę połowu czarniaków w Norwegii. Po opuszczeniu pilkera, skręcamy go w górę w tempie światła, podszarpując jeszcze w trakcie ściągania. Jednak nasze wędki okazują się zbyt długie i zbyt miękkie do tej metody, za to już wiemy, co trzeba będzie uzupełnić przed kolejną wyprawą.

Prawdziwy koncert życzeń zaczyna się każdego wieczora, podczas łowienia na filety rybne wzbogacone małą sardynką. Łowimy na pojedynczy hak lub na przywieszki makrelowo-dorszowe. Brania są częste i gwałtowne. Sporo ryb zrywa się w trakcie holu lub ucieka w rafy koralowe, a my i tak każdego wieczoru łowimy po kilkadziesiąt przepięknie ubarwionych ryb rafowych wielu gatunków.

Aparaty fotograficzne są w ciągłym użyciu, a operator z ekipy TV Taaaka Ryba (filmy z wyprawy miały ukazać się na Polast Play już w czerwcu) co chwila jest wołany hasłem „AKCJA”. Biedak nie ma czasu na odpoczynek, bo cały czas dzieje się coś ciekawego. Wszystko aż prosi się, aby uwiecznić to na kasecie filmowej.

Przeżywamy niezapomniane chwile, pływając i nurkując ze stadem około 100 delfinów. Wrażenia nie do opisania, a harce z tymi stworzeniami w otoczeniu przepięknej laguny na środku Morza Czerwonego do dziś wprawiają mnie w coraz większe wspomnieniowe fazy zauroczenia. Szkoda, że 6 dni i nocy na Morzu Czerwonym tak szybko mija.

Już ostrzymy sobie apetyty na powtórkę wyprawy. Sezon na Big Game trwa od października do czerwca, optymalny skład grupy 6-8 osób, miejsce sprawdzone, załoga przewodników wędkarskich bez zarzutu. Kuchnia przepyszna. Opieka od momentu przylotu na lotnisko w Egipcie, aż do ostatniej godziny przed wylotem. Profesjonalna organizacja. Nic tylko planować kolejny, wymarzony wędkarski urlop w bajecznej atmosferze.

Pytania dotyczące wyjazdu można tradycyjnie zadawać na adres: wyprawy@muskie.pl