Sie

13

Sporo obaw, znaków zapytania. Ale przecież nie jedziemy na pustynię, czy do dżungli. Cywilizacja dotarła tam dość dawno, a dziś turyści, to żyła złota dla Egipcjan. Poza dobrze znanym Morzem Czerwonym, nad którym w luksusowych hotelach non-stop przebywają tysiące turystów, Egipt ma jeszcze ogromne Jezioro Nasera, ogromny sztuczny zbiornik utworzony na rzece Nil na początku lat siedemdziesiątych, zatrzymujący się na olbrzymiej tamie w miejscowości Asuan.

Jezioro Nasera jest zbiornikiem samooczyszczającym się. Obecne badania wskazują na zerową klasę czystości wody, co oznacza wodę bezpośrednio nadającą się do picia. Jest to jedno z największych sztucznych jezior świata: jego powierzchnia wynosi 5250 km2, długość 510 km, a głębokość sięga 180 m.

Ciągnie się ono od Asuanu przez Nubię, aż do Wadi Halfa w Sudanie. W 83% znajduje się na terytorium Egiptu i tu nosi imię Gamala Abdel Nasera, w Sudanie (17% całkowitej powierzchni) nazywane jest jeziorem Nubia. To właśnie w pobliże asuańskiej tamy dolatujemy po przesiadkach w Rzymie i Kairze, a po kilkunastu minutach jazdy busem z lotniska docieramy do prywatnego portu. Tam czeka na nas właściciel niemałej „floty” turystyczno-wędkarskiej, łącznie kilkanaście jednostek od małych dwuosobowych motorówek do dużego statku-hotelu z wygodnymi kabinami, węzłem sanitarnym i tarasem jadalniano-wypoczynkowym. Pełen Wersal . . .

Ja z Danielem „Deniro” otrzymujemy do dyspozycji około ośmiometrowej długości łódź z kabiną 3-osobową, kuchnią, spiżarką, zamrażarką. Nasi opiekunowie – przewodnik Ali, kucharz i ochroniarz mają do dyspozycji… dach naszej kabiny. Czyli będą spali pod chmurką.

Przez pierwsze dwa dni nie zazdroszczę im, gdyż bardzo silnie wieje, także z nocy. W końcu to jeszcze zima. Pytam się o wyposażenie łodzi – widzę echosondę. A co z zasilaniem? Jak będziemy ładować nasze komórki? W końcu mamy spędzić na łodzi 6 dni. Odpowiedź  trochę mnie osłabia – na łodzi jest agregat, ale i  tak po dwóch godzinach rejsu stracimy zasięg, więc komórki będą nieprzydatne. Na szczęście, załoga posiada telefon satelitarny, on nie traci zasięgu.

Nasz anglojęzyczny przewodnik Ali (brat szefa) od 18 lat łowi na jeziorze Nasera. Informuje, że możliwości łowienia są różne. O tej porze roku  preferuje się trolling woblerami schodzącymi na 3 – 6 metrów oraz spinning wszelkimi dostępnymi przynętami. Oczywiście należy pamiętać, że celem naszej wyprawy są okonie nilowe, a najmniejsze poławiane osobniki przewyższają rozmiarami aktualny rekord Polski okonia, więc wielkość przynęt bardziej przypomina te tradycyjnie stosowane na grube szczupaki.

Rekordowy okoń Nilowy z J. Nasera ważył 176 kg!!! Nasi przewodnicy mają na koncie okazy od 62 kg do 106 kg. O mniejszych nie wspominają. Ot, takie „patelniaki”… Drugą interesującą nas rybą jest Tigerfish, czyli ryba tygrysia. Pięknie ubarwiona, ogromnie waleczna, impetem przypomina trochę łososie lub skandynawskie czarniaki. No i te budzące respekt zębiska…

Jezioro jest ogromne, miejscami tracimy orientację (my), bo Ali zna je jak własną kieszeń. Cała masa wysp, zatok, górek podwodnych, dość skąpa roślinność, setki ptaków i krystalicznie czysta woda. Trochę przypomina mi się wiosenny krajobraz szwedzkich i norweskich szkierów, ale napotkani ciemnoskórzy rybacy, temperatura marcowa plus 30 stopni Celsjusza w cieniu i brak soli w wodzie uświadamiają mi, że jesteśmy jednak na innym kontynencie.

Tak naprawdę dopiero na trzeci dzień  – mimo że przewodnik się bardzo starał –  po ustabilizowaniu się pogody, zaczynamy „normalnie” łowić. Ali, zajmujący swoje stanowisko na „bocianim gnieździe”, bezbłędnie prowadzi łódź pomiędzy wyspami, starannie opływa skupiska podwodnej roślinności, przy których czają się okonie nilowe i ryby tygrysie. Zawsze informuje nas, czy mamy łowić na przynęty płyciej chodzące, czy też możemy założyć coś głębiej nurkującego.

Doskonale „czyta” to ogromne łowisko. Sporo łowimy, przez około trzy godziny pada 8 ryb, a największy okoń dochodzi do 10 kg. Jest też śliczny Tigerfish, trochę ponad „trójkę”. Większość ryb łowimy na trolling. Podczas holu okonie wielokrotnie wyskakują, próbują uwolnić się od woblera. Przewodnik pomaga w wyciąganiu ryb na pokład, robimy sporo zdjęć.

Dolna szczęka okonia jest w miarę bezpieczna, można za nią chwycić rybę, ale przy kilku sztukach potrzebna jest osęka. Ali podbiera ryby bardzo ostrożnie, prawie wszystkie wracają  do wody, ale kilka trafia pod nóż kucharza, a potem na nasz stół. Na moje życzenie kucharz przygotowuje okonia na dwa sposoby: egipski, bogaty w różnorodne przyprawy i nasz polski, czyli tradycyjna panierka z odrobiną soli.  Pychota. Kruchutkie, delikatne mięso, smakiem trochę przypomina świeżego bałtyckiego dorsza. Ucztujemy do woli.

Z przynęt najskuteczniejsze okazują się Rapala DT-9 i baryłki Manns +20. Kolory jaskrawo zielone, pomarańczowe i nasze flagowce. I tu uwaga!  Ryby są bardzo waleczne, demolują fabryczne kotwice i kółeczka. Trzeba wszystko przezbroić na sprzęt najwyższej jakości. Mocne kółka i kotwice, najlepiej Ownera. Morskie kotwice są zazwyczaj zbyt ciężkie do niektórych woblerów,  wypaczają ich pracę. Za to mocne morskie agrafki. Nie ma żartów. W każdej chwili przynętę może pochwycić jakieś nilowe monstrum.

Kołowrotki – do trollingu, multiplikatory sprawdzonej firmy, wielkość 7000 – 10000, z czułym hamulcem. Brania okonia są gwałtowne, często następuje odjazd ryby i nie można dopuszczać do zerwania zestawu. Do spinningu stosujemy mocne szczupakowo-trociowe kręciołki. Wykonujemy dalekie rzuty. Chodzi o to, aby przynęta (najczęściej wobler) spenetrowała jak największy odcinek wody. Większość brań, także jesienią, ma miejsce na głębokości od 4 do 7 metrów. Musimy pozwolić przynęcie popracować na tych głębokościach. Wędki do trolla mocne, trochę jak morskie 20 – 30 funtów, długość 210 – 240 cm. Łódź wyposażona jest w wędki Shimano Beast Master wersja „travel”240 cm w czterech składach.  Do spinningowania długie, minimum 3-metrowe trociowe kijki.

Często zatrzymujemy się przy kamienistych wysepkach, długim kijem daleko się rzuca, lepiej manewruje przynętą i praktycznie nic się nie urywa. Plecionka do trollingu niezbyt gruba (jakieś 20 – 30 kg wytrzymałości), aby przynęta mogła zejść na dobrą głębokość. Co najmniej metrowy przypon  z grubej fluorocarbonowej żyłki (wytrzymałość 60-70 kg), odpornej na przetarcia. Dno jeziora w większości jest najeżone ostrymi skałami, kamieniami. Jesienią łowi się grube sztuki, są one wtedy przed tarłem i chętnie atakują duże, 15-20 centymetrowe woblery. Bardzo dobrze sprawdza się też wtedy metoda na żywca.

Poza okoniami nilowymi łowimy kilka ryb tygrysich, także na obrotówki. Ryby są bardzo szybkie, błyskawicznie się przemieszczają. Czasami podczas holu wydaje się, że ryba zeszła, ale ona z ogromną prędkością płynie w stronę łodzi tak, że nie nadążamy wybierać luzu plecionki. Za chwilę ta torpeda odbija w bok i przemieszcza się kolejne kilkadziesiąt metrów.  Jej hol można porównać do holu kanadyjskich łososi z rzeki Fraser  lub do norweskich czarniaków.  Przepiękne ubarwienie i pokaźne zęby tigerfisha to dwie niesamowite cechy, które powodują, że marzę o kolejnej wyprawie i spotkaniu z tą przepiękną rybą. Największa sztuka zostaje zabrana przez naszą załogę – mają ją uwędzić i poczęstować nas przy następnym pobycie…

Przed wyjazdem czytałem, że w J. Nasera są sumy dorastające do 40 kg. Ali potwierdza moje wiadomości. Jednej nocy postanawiam zarzucić coś na grunt. Jako że nie dysponujemy żywcem,  przewodnik proponuje kawałek mrożonego kurczaka. Ciekawe… Dwa zestawy „drobiowe” lądują w obiecującej zatoce, ale brań nie widać i nie słychać. Na niebie najpierw obserwujemy prawdziwe „egipskie ciemności” , a potem pojawia się ogromna ilość gwiazd. Śliczny widok. Od razu mam wspomnienia z Mazur, kiedy w lipcowe noce siadaliśmy nad Krutynią i wsłuchiwaliśmy się w dźwięk dzwoneczka naszych bambusowych gruntówek, w oczekiwaniu na branie węgorza.

Postanawiamy zostawić zestawy na noc. Rano niespodzianka. Na jednej wędce w  zwisającą plecionkę zaplątał się nietoperz, widocznie w nocy nie wykazał się należytą czujnością. Robię kilka fotek i pomagam mu się uwolnić. Na drugiej wędce mamy półtorakilogramową  Electricfish czyli rybę elektryczną!!!  Skusiła się na surowego kurczaka! Podobno nieźle kopie. Wolę nie sprawdzać. Po wyhaczeniu wraca do wody.

Cała nasza wyprawa przypomina prawdziwe safari – warunki są dość surowe, przez okrągłe 144 godziny obcujemy z oryginalną a zarazem dziką przyrodą, śpimy tam, gdzie akurat dopłyniemy przed zmrokiem, jemy to, co mamy na zapasie w spiżarce i zamrażarce, ewentualnie to, co złowimy… Muszę zaznaczyć, że przydzielony nam kucharz starał się, pomimo dość trudnych warunków pokładowych. Posiłki były smaczne, doprawione, estetycznie podane. Nic nam nie zaszkodziło, nie dopadła nas „zemsta Faraona”. Oczywiście tak na wszelki wypadek posiłkowaliśmy się własnymi wysokoprocentowymi „odkażaczami”.

A Egipcjanie też zadbali o nas. Znają turystów z Europy. Dobrze wiedzą, czego potrzeba wędkarzowi, który kilka dni przebywa poza rodzinnym domem. Przez całą drogę towarzyszyła nam niebieskooka „Stella”, była na wyciągnięcie ręki, zawsze w zasięgu . . .
Lodówki turystyczne były zapełniane napojami, mieliśmy duży zapas wody mineralnej przydatnej w upalnej pogodzie oraz przy myciu zębów. A nasi opiekunowie pili wodę wprost z jeziora.

Przemieszczając się, często widzimy rybaków, którzy poławiają głównie tilapię. Ali praktycznie zna wszystkich na jeziorze. Czasami podpływamy do nich, pokazują nam swoje połowy. Jednego wieczoru jemy tilapię na kolację. Mocne, zbite, smaczne mięso. Nastąpił handel wymienny, ryby za torebkę ryżu. Warto było!

Rybacy mieszkają w prowizorycznych (przenośnych) czworokątnych szałasach. W porze przyboru wody (od sierpnia do października różnice poziomu wody mogą sięgać nawet ok. 20 metrów! ) przenoszą szałasy na większe (wyższe) wyspy. Na takich wyspach mieszkają też Beduini, którzy wypasają kozy. Wokoło mnóstwo ptaków, łącznie z bocianami i pelikanami. Kamieniste wyspy zamieszkuje wiele gatunków jaszczurek, gekonów itp.

Z uporem wypatrujemy krokodyla, ale tylko na jednej z wysp udaje nam się  natknąć na rozkładającego się osobnika. Jest jeszcze dość dobrze zachowany, ale fetor jest uciążliwy.  Mierzę go krokami – ma ponad 4 metry!!!  Budzi respekt. Ciekawe, jak zginął ? Zbyt długo się nie zastanawiamy, ale jedna łuska ląduje na pamiątkę w chlebaku.

Podczas codziennych kąpieli w jeziorze, trochę nerwowo rozglądamy się na boki, ale przewodnik twierdzi, że krokodyle płoszą się na widok łodzi i ludzi. Może to i dobrze. Nasz pakiet wycieczkowy nie przewidywał luksusów, ale 4. wieczoru zaznajemy go w pełni. Nasza łódź cumuje obok powracającej z  trasy do portu łodzi-hotelu, należącej do firmy brata Alego. Mamy możliwość przespania się w wygodnej kabinie, jest WC, prysznic z gorącą wodą, zadaszony taras widokowy, wygodne kanapy do sjestowania. Pięć wędkarskich gwiazdek!  Przy grupie 6-8 wędkarzy taka łódź płynie razem z dwuosobowymi motorówkami  wędkarskimi. Towarzyszy im jeszcze łódź-zaopatrzenie, na której odbywa się gotowanie, tam też mieszka załoga, przewodnicy. Właśnie z takiej opcji zamierzam skorzystać podczas kolejnej wyprawy do Egiptu planowanej w drugiej połowie listopada.

To wielka radocha spędzić 6 dni i nocy na wodzie, łowić od świtu do zmierzchu, skupić uwagę na bardzo oryginalnej przyrodzie, zrobić sobie fotkę z okoniem nilowym przy zachodzącym słońcu. Naprawdę można odpocząć i wyluzować się. Ziemia Faraonów okazała się dla nas łaskawa. Jesienią powinno  być jeszcze lepiej.

Jeżeli macie więcej pytań o możliwościach wędkowania, to chętnie odpowiem.

Sie

5

Myślami jechałem tam od kilku lat. Dopiero jakaś dziesiąta próba namówienia mnie przez Krzyśka Merskiego (Merę) zaowocowała. Umiejętnie podsycał moje zainteresowanie Kanadą. Przynosił zdjęcia, pożyczał filmy, podsyłał fotki na moją pocztę, kupował sprzęt w moim sklepie.

Latem ubiegłego roku namówiłem go na łososiowy spinning Shakespeare-a 3,30m. Miał łowić jesiotry w rzece, z brzegu, na grunt. Kij się sprawdził. Mera po półtoragodzinnej walce wyholował jesiotra 275 cm długości o wadze 175kg !!! We wrześniu przyjechał do sklepu, podarował mi zdjęcie z potworem i podziękowaniem za dobrze dobrany kij. Powiedział, że sezon na jesiotry zaczyna się w kwietniu.

Jajczyłem się przez 3 miechy i wreszcie koło Sylwestra podjąłem decyzję. W styczniu kupiliśmy bilety i do 5 maja miałem codziennie ‘mokre majty’ – zbliżała się KANADA.

Dwie godziny do Londynu, potem dziewięć godzin piętrowym Jumbo – Jetem i jesteśmy w Vancouver, w uroczej Brytyjskiej Columbi! Ośnieżone wierzchołki gór, soczysta zieleń i mnóstwo kwiatów wokół domów. Bajka.

Spotykamy się z Krzyśkiem Cieślą, niesamowicie sympatycznym i uczynnym przewodnikiem wędkarskim. Łowimy z sześciometrowej łodzi aluminiowej, z silnikiem wodnostrugowym. Metodą ciężkiego ołowiu dennego dotąd troszeczkę pogardzałem, ale po zobaczeniu szybkiego nurtu szerokiej jak Wisła rzeki Fraser zrozumiałem, że zabrane przez nas ciężarki 250 gram może się przydadzą, ale jak połączymy je po dwie lub po trzy sztuki.

Tutaj wiosną używa się obciążeń (trumienek) o ciężarze 450–650 gram, gdyż woda jest wysoka i rwie jak Dunajec. Mamy ze sobą własny sprzęt – mocne kije i kołowrotki sprawdzone na dorszach we Władysławowie i Łebie, ale Krzysiek jest bezlitosny. On daje łódź, on daje sprzęt. Chce być pewien ,że zahaczone ryby zostaną wyholowane.

Rzeczywiście, jednoczęściowe Lamiglasy o długości 260 cm i ciężarze wyrzutu 20 –40 Lbs budzą respekt. Do tego multiplikatory Shimano TLD 20 z dragiem i plecionki Power Pro 50 –75 kg. Oczywiście bardzo mocne krętliki, koraliki stopujące i bezzadziorowe haki Gamakatsu 7/0 – 9/0. Wszystko to Krzysiek opatruje sugestywnym komentarzem: Chłopaki, daję wam po 100 dolarów za każdy złamany kij !!!

Jako przynęt używamy minogów, filetów rybnych i pęczkowanej ikry łososia. Łowimy w wypłyceniach i zakolach obok głównego nurtu, na głębokościach od 2 do 6 metrów. Pierwszego dnia łowię 7 jesiotrów, z których każdy jest większy, niż dotychczasowy mój rekord życiowy (topyga 16,5 kg ) .

Wszystkie ryby sprawdzamy specjalnym skanerem, czy nie mają wszczepionego chipa identyfikującego. Krzysiek należy do grona zapaleńców, którzy uczestniczą w programie ochrony i identyfikacji jesiotrów. Do specjalnego rejestru wpisuje nr chipa, długość ryby, obwód pod płetwami skrzelowymi i kilometr rzeki, gdzie ryba została złowiona. Potem jego kolega wprowadza te dane do komputera i na tej podstawie robione są różne statystyki.

Trzeci jesiotr przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Ponad pół godziny walki, odjazdy, murowania do dna, gwałtowne zwroty, uderzanie ogonem po plecionce i trzy przepiękne wyskoki ponad wodą. I do ostatniej chwili zero oznak zmęczenia. Skąd one biorą tyle sił ? Muszą się nieźle odżywiać, a wszystko im idzie w mięśnie. Wreszcie jest przy łodzi. Monstrum. Ponad 2 metry !

Takiej ryby nie da się wciągnąć na łódkę, wiec podnosimy kotwicę i powoli kierujemy się w kierunku kawałka piaszczystego brzegu. A ja trzymając naprężony kij z niepokojem patrzę na dwumetrowy odcinek plecionki dzielący go od bezzadziorowego haka tkwiącego w pysku jesiotra.

Prąd prze niemiłosiernie, ale sprzęt wytrzymuje. Zakładamy oddychające spodniobuty (są na wyposażeniu łodzi), mierzymy –220 cm !!! – i robimy zdjęcia. Potem buźka i do wody. Uczucie kosmos ! Wypuszczam rybę ponad 100 kg ! Dla tych chwil warto przebyć te kilkanaście tysięcy kilometrów.

Następnego dnia odwiedza nas niedźwiedź. Dobrze, że jesteśmy na łódce, jakieś 20 metrów od brzegu. Mimowolnie pytam Krzyśka, czy misie potrafią pływać ? Ale nasz futrzak nas zignorował. Napił się wody, a potem wspiął się po prawie pionowej skale i pomaszerował dalej.

I wtedy nastąpiło pamiętne branie – to był on, Pavarotti z Frazer River. Walczył śpiewająco. Powiem krótko: siedem dynamicznych wyskoków, kilkanaście odjazdów, dwa razy pod łódką (trzeba było przekładać kij) i zaplatanie o linę kotwiczną. I tak przez 40 minut. Ale opłaciło się ! 225 cm niesamowicie umięśnionej i silnej ryby! 120 kg ! Kurde, więcej ode mnie?! Jestem w siódmym niebie. A przynęta ( filecik z lambrii, trochę podobna do węgorza ) miała zaledwie 5 cm długości . . .

Ryby nie mają stałych upodobań. Jednego dnia większość łapiemy na filety, drugiego dnia króluje ikra, potem znowu minogi. Daniel też ma swój dzień, łowi jesiotra 217 cm i też kwalifikuje się do ekskluzywnego klubu 100 kg + . Zaczepia też lokomotywę, która po około 20 minutach pozwala pierwszy raz nawinąć więcej plecionki na kołowrotek, a potem nagle zawraca i wypina się. Przewodnik ocenia ją na minimum 2,5 metra, czyli mogła to być sztuka ok. 150 kg !!!

W trakcie dwudniowej wycieczki, podczas której przejeżdżamy około 2 tysięcy km, łowimy pstrągi tęczowe w przepięknym jeziorze Anahim. Rzeka, która wpada do jeziora słynie z ogromnej populacji tęczaków, a o ograniczoną ilość licencji walczą masowo przyjeżdżający Anglicy i Irlandczycy.

Po drodze spotykamy orły, stado dzikich koni, Indian z lassami wyłapujących na pastwisku cielaki do znakowania. Tyle, że w tle stoją samochody z napędem na 4 koła . . . Jeden dzień spędzamy na oceanie, łowimy na lekkie, 80 gramowe pilkery na głębokości od 15 do 35 metrów. Pada kilkadziesiąt ryb, łącznie 14 różnych gatunków, z których cześć ma jeszcze okres ochronny, a reszta trafia do menu na naszą pożegnalną kolację, oraz staje się pokarmem dla orłów.

Bieliki amerykańskie, ukryte w koronach drzew, w mgnieniu oka spostrzegają rzuconą kilkanaście metrów od łodzi rybę, ostrożnie nadlatują, a potem z wielkim świstem skrzydeł dopadają swoją ofiarę. Jak na filmie z cyklu National Geographic! Robimy dziesiątki unikalnych zdjęć.

Roczna licencja wędkarska na całą British Columbię kosztuje 85 dolarów kanadyjskich, tygodniowa kilkanaście. Uważam, że nie warto oszczędzać na przewodniku. Komfort łowienia z zadaszonej łodzi, odpowiedni sprzęt, świeże przynęty, bankowe miejscówki, tajniki obowiązujących technik połowu, znajomość przepisów wędkowania.

On po prostu się stara, abyśmy połowili. Przez 8 godzin jest z nami i dla nas.

Przy czteroosobowej grupie wędkarzy całkowity koszt jednego dnia łowienia to około 500 zł od osoby. Motel z wyposażoną kuchnią, lodówką, łazienką zamyka się w kwocie 50 zł na osobę. Trochę mniej zapłacimy za wypożyczenie Vana.

Żywność niewiele droższa, niż u nas, za to benzyna o połowę tańsza ! Bilet lotniczy można nabyć już w cenie 2000 zł, optymalnie warto spędzić w Kanadzie 6-10 dni. dniem 1 marca 2008 r. Kanada zniosła obowiązek wizowy dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej. Od 1 stycznia 2009 roku bezwizowy wjazd możliwy jest jedynie dla posiadaczy paszportów biometrycznych tj. wydawanych w Polsce od 28 sierpnia 2006 r. Od osób legitymujących się paszportami bez cech biometrycznych nadal wymagane jest posiadanie wizy. Zniesienie obowiązku wizowego nie daje automatycznej gwarancji wjazdu na terytorium Kanady. Decyzję tą podejmuje urzędnik imigracyjny na przejściu granicznym. Niektóre kategorie osób – w szczególności osoby, które były w przeszłości deportowane z Kanady lub które były karane – mogą być pozbawione prawa wjazdu.

Maj to okres, kiedy do Fraser River jeszcze nie wchodzą ryby łososiowate, dlatego łowiliśmy głównie jesiotry. Łącznie poza trzema okazami ponad 100 kg łowimy kilkadziesiąt ryb o wadze 15-50 kg. Według przewodnika maj wcale nie jest najlepszym okresem, jeśli chodzi o ilość brań. Zaprasza nas na jesień, od września do połowy listopada jest jeszcze lepiej. Poza tym równolegle można łowić ryby łososiowate – łososie Chinook, czyli Kingi, Coho, Chum oraz waleczne Steelheady. I znowu mam mokro w majtach…